| << | Styczeń 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| | | | | | 1 |
| 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |
| 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | | | | | |
| O mnie |
|
| valkiria7 |
38 ,
miasteczko w Szkocji |
|
| Wodnik. Dobroduszna i ufna. Niegdys aktywny 'kaowiec' w Polsce. Od 2004 w Szkocji. |
| Zobacz mój profil |
|

Victorowi

TEXTY GRONOWE
|
|
|
piątek, 11 listopad 2011, 00:58
|
Starożytni upuszczali sobie krwi dla zdrowotności. Niezamierzenie i ze mnie uszła nosowo. Ku zaskoczeniu skauta-Victora, a potem dzieci w przedszkolu, choć te powinny być przygotowane. W końcu mamy w tym tygodniu adekwatny temat - ciało i zdrowie człowieka. Z apteczkami w rękach i stetoskopami na szyjach przyglądały się ciekawie, podejrzewając zapewne, że wypuszczam nosem ketchup... Zamieszanie miało miejsce akurat na czas odbierania dzieci przez rodziców, którzy sami nie byli do końca pewni o co chodzi. Podejrzewali, że zostałam "odpowiednio potraktowana" przez nieostrożnych podopiecznych... W każdym razie trzykrotny upływ krwi osłabił mnie na tyle (sama nie wiem czy bardziej fizycznie czy psychicznie, jako że niezwyczajna jestem do akceptowania własnej słabości i poddawania się opiece innych), że popołudnie spędziłam w łóżku, a cały następny dzień w domu. Lekarz uzbroił mnie w antybiotyki i uspokoił, że to częsta przypadłość przy infekcjach śluzówki nosa (bo taką postawił diagnozę).
Jak cudownie mieć nagle cały dzień dla siebie wiadomo tylko na początku tego dnia. W miarę jego upływu i trwonienia czasu cudowność przeobraża się dość nieładnie w żal z utraty... Może nie do końca, bo odhaczyłam jednak większość spraw do załatwienia. Plan pisania pracy zaliczeniowej, jak i ćwiczenia piosenek z musicali do nadchodzącego występu, spalił się na skypie. Po trzech latach (wygląda na to, że czeka mnie bardzo długie życie, skoro na wszystko potrzebuję tyle czasu...) po raz pierwszy odezwałam się do mojej przyjaciółki Słowaczki, która przeprowadziła się do Malezji właśnie te trzy lata temu... Potem koleżanka z Włoch też mnie zaczepiła na skype. Nadrobiłam parę maili, smsów, rozliczeń i... już północ. To nie fair. Nic dziwnego, że krew ze mnie uchodzi, za duże ciśnienie na wszystko, a za mało czasu w ciągu dnia... E, za mało samodyscypliny, ot co! Jakaś recepta na to?...
|
|
solowki:
0
|
|
poniedziałek, 07 listopad 2011, 23:16
|
Jeśli kiedyś mi się wydawało, że żyję za szybko i że na nic nie mam czasu, to wyłącznie z braku doświadczenia. Nie wyobrażałam sobie, że dni mogą tak błyskawicznie mijać, jak TERAZ! I nie wyobrażam sobie, że jakiekolwiek przyspieszenie jest jeszcze możliwe... Oby nie, bo mój błędnik już w ogóle nie odnajdzie drogi powrotnej do rzeczywistości...
"The Bad Girls" Musical był sukcesem na skalę pozawioskową. Jaka to była ciężka praca!!! Próby dwa razy w tygodniu po cztery godziny (jak to fizycznie możliwe?) i ŻADNEJ nie opuściłam. Ba, nawet poszłam raz na próbę, której nie było, bo pokręciłam daty. Spóźniałam się za to przeważnie, no bo jednak bez przesady, taka zaraz nadgorliwa się nie stałam;) Sama nie wiem, jak to było możliwe, ale dzięki przyjaciołom, rodzinie, znajomym i sąsiadom udało się pogodzić moje wymagające i czasochłonne hobby z opieką nad dzieckiem. Nagrodą dla syna było to, że poszedł zobaczyć przedstawienie, mimo limitu wieku (dzieci poniżej 16 roku nie wpuszczano, czyli brakowało mu 10 lat...). Drugą połowę, w której działy się najodważniejsze rzeczy, w postaci np. scena łóżkowa, podpalenie Jima, gwałt i lesbijski pocałunek - Victor zdrowo przespał w pierwszym rzędzie... Ale pierwszy akt zrobił na nim wystarczające wrażenie i mam nadzieję zadośćuczynił straty moralne z tytułu posiadania matki aktorki amatorki ze spalonego... więzienia;) Ta rola zbuntowanej punkowej więźniarki wyjątkowo mi jakoś leżała a propos.
Po wyczerpujących 6 miesiącach prób i karczemnym wręcz wysiłku podczas występów (4 wieczory pod rząd, za każdym razem po całym dniu pracy, nie wspominając podstawowych obowiązków domowych) nastąpiło zasłużone i niezapomniane "AFTER PARTY". Uczucia ulgi, dumy, przynależności, akceptacji, radości prześcigały się w obezwładnianiu przemęczonych umysłów. Teraz wreszcie czas na zasłużony odpoczynek!! Taaa.....
Na drugi dzień - pustka, próżnia, nic. Gdzie są wszyscy, gdzie adrenalina, dzianie się, stawanie na wysokości zadania, pośpiech, gdzie ta atmosfera, gdzie zespół, gdzie widzowie. Wyczulone na częstotliwość pochwał i zachwytów ucho kierowało w pracy swój talerz w stronę osób, które były, widziały, podziwiały. Do dziś echa przedstawienia obijają się o te już na wpół schowane radary.
Zatem miał być odpoczynek, planowałam nie angażować się w kolejne przedsięwzięcie. Phi... Planować to sobie mogłam... Miesiąc temu zaczeły się próby do występu... świątecznego!!! Który już za 5,5 tygodnia!!! Nic to, że trzeba opanować masę piosenek z różnych musicali i jakieś staroangielskie pieśni bożonarodzeniowe, których nawet "rdzenni" Szkoci nie słyszeli. Nic to, że będzie kilka numerów tańczonych. Nic to w końcu, że już za 3 tygodnie mamy śpiewać wybrane utwory dla ludu na zachętę podczas "Late Night Shopping". To wszystko NIC!!! Wczoraj na próbie dostałam tekst kolejnego musicalowego hitu, w ktorym mam nawet kwestię do powiedzenia. Bardzo wspaniałomyślnie pozwolono mi użyć do tego swojego akcentu. Bo tekst, który mam monorecytować jest po... WĘGIERSKU!!!!!!!!!! No przecież to prawie tak jak po polsku...
|
|
solowki:
0
|
|
niedziela, 31 lipiec 2011, 23:52
|
Ulegam wpływom.
Słowa, dźwięki, obrazy zmieniają.
Pod wpływem kolejnej książki, filmu, zdarzenia staje się kimś innym.
Wcielam się?
Przymierzam siebie do bohatera, sytuacji.
Na pewien czas potrafię być bardzo obca, odległa.
Trawię, medytuję, doszukuję się i udostępniam siebie.
Zarówno postaciom, jak i autorom.
Staję się idealnym odbiorcą.
Nieobojętnym.
Nawet na pozorną miernotę.
Pamiętam spostrzeżenie z trzeciej edycji "Zdarzeń" (Międzynarodowy Festiwal Działań Teatralnych i Plastycznych w Tczewie, który natenczas zmienia się w klimatyczne "Szajna Town" - gdzie dane mi było osobiście poznać nieżyjącego już dziś mistrza Szajnę). Jedno ze "zdarzeń" opierało się na pomyśle filmowania publiczności i pokazywania bieżącego, nieprzetworzonego obrazu na dużym ekranie. Z początku ludzie oczekiwali czegoś. Chociażby początku właśnie. A tu światło na widowni, jeszcze wszyscy nieusadowieni, na scenie jakieś przygotowania, test urządzeń. Na ekranie pojawiały się twarze. Nasze twarze. Prywatne, niepytane o zgodę, zdziwione, przyłapane, zmieszane, nieświadome. Jedna, dwie może kilka zareagowały. Uśmiechem, odwróceniem głowy, grymasem, zniecierpliwieniem. Kiedy się w końcu zacznie COŚ dziać? Czas się przemieszczał odczuwalnie. Festiwalowa publiczność oczekiwała. Kredyt zaufania do eksperymentującej grupy topniał błyskawicznie. Totalna amatorszczyzna, zero przygotowania, o co tu chodzi, czy to już? Chyba mają jakieś problemy techniczne. A może to taki sponton. Ale o co w nim chodzi, jaki to ma sens? Nawet improwizacja powinna być rzetelnie przygotowana. Widownia nie da się tak łatwo sprowokować, zniechęcić. Na pewno coś się wydarzy, będzie puenta. Po kilkunastu minutach "niczego" zaczęły się akty ostentacyjne. Szkoda czasu, idziemy. Po kolei oszukana, zdegustowana widownia opuszczała miejsce kompromitacji. Tylko czyjej?...
W drodze na kolejne "zdarzenie" padały nieprzychylne opinie. Obrażone głosy nie mogły się uspokoić. Jak można dopuścić coś takiego do festiwalu? Skąd oni sie urwali. Pomyłka! Porażka! Następnym razem trzeba się uważniej rozeznać w programie i unikać takiej pseudotwórczej partyzantki. Wstrzymujące się podczas "spektaklu" twarze teraz już bezpiecznie okazywały emocje. Silne, wzburzone, prawdziwe.
Nie przerywając żywo animowanej rękoma rozmowy, szliśmy hordą w pośpiechu. Niemal biegliśmy ulicą, żeby zdążyć na "coś godnego uwagi". Słuchając, obserwując i uczestnicząc nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zainaugurowany w sali spektakl nadal trwał. Że dopiero się rozgrywa na dobre. W poczuciu olśnienia podzieliłam się myślą: pamiętacie Gogolowskie ostrzeżenie w "Rewizorze": "Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie..." Może to była analogia: dlaczego się nudzicie patrząc na własne twarze?...
Kilka osób zatrzymało się w osłupieniu.
Porażone oblicza wpatrywały się we mnie.
Nastąpiła puenta.
Zdarzyło się to w 2002 roku, w czasach, gdy do głowy by mi nawet nie przyszło rozstać się z teatrem, sztuką, literaturą, kulturą i wyemigrować w surowy szkocki klimat. Ktoś powie, że tu też jest teatr, sztuka, literatura i kultura. Odeślę go, żeby popatrzył sobie w twarz...
|
|
solowki:
0
|
|
piątek, 29 lipiec 2011, 23:54
|
Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego zasiedlił grotę mojej wyobraźni.
Talizmany, totemy, tabu, legendy, wierzenia, przesądy oraz przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza i doświadczenie szukają schronienia w mojej głowie.
Pełno w niej skostniałych pozostałości z minionych epok i wcieleń, ale ogólnie sprawia wrażenie przestronnej i niezamieszkałej, a zatem nadającej się do zasiedlenia. Można przystanąć w ewolucyjnej drodze.
Odkrywam wspólnotę z Aylą - zbuntowaną wobec plemiennej dominacji mężczyzn i niekwestionowanemu podporządkowaniu kobiet znajdą pochodzącą od "Innych".
Wspominam, jak jako sześcioletnie dziecko przeprawiałam się bez niczyjej wiedzy przez rzekę, z zarzuconym na ramię własnoręcznie wygiętym łukiem.
Nieświadomość ograniczeń własnych możliwości, niesparzona ciekawość i beztroskie poczucie dysponowania sobą - to podstawy wolności. Utraconej z wiekiem.
Świadomość ogranicza wolność. A może właśnie stanowi wyzwanie dla zastanych struktur i stwarza nowe możliwości?
Początkowo słuchałam audiobuka nieuważnie, z typową dla siebie ignorancją wobec niemal 30-lecia bestselleru. Prędko jednak dałam się uprowadzić w ten pradawny klimat epoki neandertalskiej i nie mogę się uwolnić od wyobrażeń na temat pradawnego życia, podziwu dla mądrości praprzodków (tudzież niesamowicie pracochłonnego i wiarygodnego researchu autora) oraz w kontekście - refleksji nad własnym ucywilizowanym życiem.
|
|
solowki:
0
|
|